Urodzinowe Rys(y)owanie

Opublikowane przez Izerka w dniu

30 września obchodzę urodziny i z tej okazji zrobiłam sobie prezent – zdobyłam Rysy! Weszłam na najwyższy szczyt w Polsce! Poniżej przydługa relacja z tego wyczynu.
Nie jest to typowo techniczny opis bo takich można znaleźć sporo w internecie. Ja się sugerowałam świetnym opisem szlaku na blogu Wiecznej Tułaczki. 

Pobudka 5:30. Szybkie ogarnięcie, wmuszenie jakiegoś jedzenia, pół kubka kawy i idziemy. Akurat! Nie idziemy bo z powodu awarii i ogólnego zamieszania przechowalnię, w której chciałyśmy zostawić bagaże, zamiast o 6 otworzono godzinę później. Przymusowe czekanie trochę nas irytuje. Ale pogoda zapowiada się idealnie i perspektywa dzisiejszego szlaku nie pozwala na zły humor. Przecież i tak jest jeszcze wcześnie.

O 7:10 startujemy. Już na początku czeka nas niespodzianka- tuż przy stawie spotykamy dwie sarny. Konsternacja- kto komu powinien ustąpić drogę?! One patrzą na nas, my na nie i tak sobie stoimy wgapione w siebie. W końcu odważnie ruszamy w ich kierunku. Jak było do przewidzenia sarny zgrabnie uskakują na zbocze.

Z Morskiego Oka dosyć stromym podejściem dochodzimy do Czarnego Stawu pod Rysami. Chwila rozmowy z napotkanymi ludźmi odnośnie szlaków, kierunku wyprawy i ogólnie Tatr, mała sesja foto i ruszamy. Zaczyna się ostre podejście. Na odcinku 1,5 km pokonujemy 900 m wzniesienia (przewyższenia).
Technicznie, podobno, szlak nie jest trudny. Nie trzeba jakichś zaawansowanych umiejętności taternickich, ale wymaga dobrej (a przynajmniej przyzwoitej) kondycji. Jest dość stromo i mozolnie. Problem w tym, że moja kondycja nawet do przyzwoitej się  nie zalicza. Czy ja nie powinnam w takim razie siedzieć w domu, oblewać urodziny w klubie zamiast męczyć swoje kolana na kamienistym podejściu?! Co jest takiego w górach, że masochistycznie wybieram opcję drugą? Czy niesamowite widoki mogą wynagrodzić trud wspinaczki?  A może chodzi o taką zwyczajną ludzką satysfakcję z pokonania kolejnej przeszkody? I radość z podjęcia wyzwania?
Droga zaczyna się coraz bardziej zwężać, prowadzi między skałami. Doprowadza nas do Kotła pod Rysami- przekraczamy 2 000 m npm.  W drodze mijamy jedno z najbardziej rozpoznawalnych na zdjęciach miejsc na szlaku- głaz będący idealnym punktem dla prawie każdej sesji fotograficznej. Doskonale widać z niego całą dolinę ze stawami i okolicznymi szczytami. Grzechem jest nie skorzystać aby poczuć się jak tatrzański celebryta.Zamiast ścianki takie oto coś…
Bula pod Rysami  (2054 m npm) przynosi radość i dumę. Jesteśmy coraz bliżej celu. Moje „ kawałkowe” myślenie zdaje egzamin. Wyznaczam sobie małe cele na całej trasie- dojść do Czarnego Stawu, dojść do Kotła, dojść do Buli, dojść do łańcuchów, dojść do Przełączki, wczołgać się na Szczyt! Na Buli nie robimy postoju. Obiecujemy sobie dłuższy odpoczynek w tym miejscu w drodze powrotnej. Cel nas pcha ku górze.
Przed nami najtrudniejszy odcinek. Jeżeli do tej  pory było ciężko teraz zacznie się hardcore. Właśnie w tym miejscu zdarza się najwięcej wypadków. Widoki oszałamiają. Ludzi nie jest zbyt dużo. Możemy spokojnie kontemplować naturę… i nikt nas nie popędza ani nie wstrzymuje. Wczesne wyjście pozwoliło nam uniknąć tłumów, które opanują szlak w późniejszych godzinach. Oczywiście nie jesteśmy tak całkiem same na szlaku ale taka ilość nie jest dla nikogo problematyczna. Zaskakujące, że nie zauważam żadnych ekstremalnych przejawów głupoty i nieodpowiedzialności ludzi. Tyle się naczytałam o „japonkowych” turystach, pod wpływem środków odurzających, chojrakach z reklamówkami i  o nieodpowiedzialnych rodzicach, że aż szkoda, że akurat mi się trafił brak takich historii. I nie mam o czym teraz opowiadać… Może to wczesna pora wyjścia na szlak a może po prostu takie wyczyny nie są czymś nagminnym i codziennym?
Ponad Bulą zaczyna się strome podejście. Pojawiają się pierwsze łańcuchy czyli to co Izerka lubi najbardziej! Ubieramy rękawiczki i zaczynamy walkę z żelastwem. Trudności techniczne umiarkowane ale podejście jest dosyć męczące ze względu na stałe nachylenie. Idzie się, a konkretniej wciąga po łańcuchach, praktycznie w pionie. Skała jest śliska więc żelazne ułatwienia momentami się bardzo przydają. Uważnie stawiam krok za krokiem. Większość wypadków na tym szlaku spowodowanych jest nieuwagą i brakiem ostrożności. Jedna chwila, ślizg i można skończyć w helikopterze TOPR… Chyba panów ratowników wolałabym poznać w innych okoliczność… Z łańcuchów nie korzystałam cały czas. Doceniam to, że są ale wolę ufać sobie i swoim mięśniom a nie żelastwu ale w drodze powrotnej  zdecydowanie się przydały.
Z grzędy idealnie widać otaczające szczyty. Na ich podziwianiu można spędzić cały dzień. A tu trzeba iść dalej… i wyżej… Pod koniec podejścia skalną grzędą, której Rysy zawdzięczają swoją nazwę, niespodziewanie łapie mnie kryzys. Mam lekkie mdłości, zatkany nos, nogi nie chcą iść dalej. W głowie pojawia się natrętna myśl, by odpuścić. Dochodzę do czekającej kumpeli. Zapowiadam krótki odpoczynek. Muszę coś zjeść. Może to osłabnięcie z głodu bo tradycyjnie zapominam po drodze wmuszać w siebie jedzenie. Sama woda, nawet z dodatkiem elektrolitów to za mało. Może powinnam mieć jakiś przypominacz? Albo może to leki na zatoki w połączeniu z wysokością? Czy pseudoefedryna i ponad 2 000 m npm wysokości nie idą w parze??? Ktoś się orientuje może w tej kwestii? Mimo mojego stwierdzenia, że nie czuję się najlepiej, moja towarzyszka postanawia iść dalej, bo „jej zimno”. Trochę zaskakująca reakcja. Ja bym raczej nie zostawiała w takiej sytuacji towarzysza. No dobra, Tatry to nie Himalaje a Rysy nie Mount Everest. Nie groziło mi odmrożenie ani hipotermia ale fajnie byłoby gdyby się tak po ludzku zainteresowała. Chyba to naturalny odruch? No ale cóż… góry to idealne miejsce na egzamin charakterów.
Schodzący chłopak wdaje się ze mną w miłą pogawędkę. Chyba go przeraziła moja blada buzia, bo mówi, że do szczytu zostało 15-20 minut. Z lekkim uśmiechem zapowiadam (można w tym poczuć nutkę groźby i desperacji), że jeżeli w tym czasie nie dojdę do celu to go dopadnę w schronisku… Życzymy sobie bezpiecznego powrotu i zbieram się do dalszej drogi. Czekolada zaczyna działać. Idę dalej…
Dochodzę do słynnej Przełączki. Według wielu osób to najtrudniejszy fragment na całym szlaku! Zdjęcia tego miejsca wzbudzają przerażenie! Hmmm…  Dla mnie to była czysta przyjemność. Nawet nie potrzebowałam pomocy łańcuchów. Nie przeraża mnie silna w tym miejscu ekspozycja – 500 m przepaść. Chyba mam jakiś gen strachu uszkodzony 😉
Jeszcze chwila… przejście grzbietem… i osiągam północno- zachodni wierzchołek Rysów. Patrzę na zegarek – 11:06! Po niecałych 4 h jestem na 2499 m npm!!! I did it!!! W Polsce wyżej się nie da!
Czuję ogromną radość, ulgę, dumę i… pustkę.  Zabrakło… Kate. I wszystkiego co się wiąże ze wspólnymi wyprawami- porozumienie, poczucie humoru, zdobywanie szczytu „razem”, sesje foto po drodze. Nawet fotki ze szczytu Rysów mam kiepskie bo mojej towarzyszce nie chciało się przyłożyć do ich zrobienia. Jej na zdjęciach nie zależy więc innym nie musi robić fajnych. Pomijam milczeniem żeby nie wyjść na wredne babsko 😉
Wejść na szczyt to połowa sukcesu, teraz trzeba jeszcze zejść. A to nie należy do najłatwiejszych wyczynów. Uważne stawianie kroków oraz ześlizgiwanie się na tyłkach wymaga skupienia i wbrew pozorom sporego wysiłku. Zwłaszcza, że napotykamy coraz więcej podchodzących osób. I wśród nich jest kilku takich, którzy nie za bardzo wiedzą gdzie się wybrali, po co i do czego służą łańcuchy… Dziwi mnie, że niektórzy zdecydowali się na zdobywanie szczytu po 12.00. Jeżeli nie mają genialnej kondycji i przyśpieszenia i nie planują zejścia na stronę słowacką będą schodzić po ciemku. No nic, ich wybór.
Zgodnie z pobożnym planem  na Buli robimy bardzo długi odpoczynek grzejąc się w słońcu, podziwiając widoki i obserwując otoczenie.
Nad Morskim Okiem szok… Jakby ktoś nas przeniósł w sam środek piekła. Tłum ludzi większy niż na odpuście. Niczym za dotknięciem czarnej różdżki zniknął cały czar górskiej wyprawy. Nie do opisania…
Wieczór spędzamy w towarzystwie spotkanych po drodze chłopaków. Oblewamy zdobycie szczytu i moje urodziny. A w główce rodzi się pytanie – jak uczcić przyszłoroczne święto?
       Podsumowując: wyjście: 07:10, zdobycie szczytu: 11:06 – podejście zajęło niecałe 4 h! Droga powrotna… 5 h (wliczając bardzo długi odpoczynek). 
Tekst kolesia który chwalił się doskonałą wiedzą górsko- podróżniczą przed swoimi wpatrzonymi w niego roziskrzonym wzrokiem znajomymi: “Morskie Oko… wiecie… to jedyne schronisko w Europie położone nad wodą“… Ekhem… moja mina bezcenna 🙂

0 Komentarzy

izerka · 05/21/2017 o

Dzięki, Kata 🙂 Nie ma problemu. Rzucasz termin i planujemy 🙂 Dla odmiany proponuję wejście od strony słowackiej. Podobno o wiele łatwiejsza. Byłaby okazja się przekonać 🙂

izerka · 05/21/2017 o

Bardzo dziękuję. Miło być dla kogoś inspiracją 😉
Nie wiem na jakim etapie jest Twoja rehabilitacja kolana ale ja jestem po naderwaniu więzadła i na Rysy weszłam w ortezie. Także trzymam kciuki za Ciebie, za Was 🙂

Unknown · 05/19/2017 o

Poczułam się tak jakby tam była. Świetny opis, genialne fotki tak więc niestety/stety będziesz musiała zrobić z tego powtórkę z rozrywki, bo ja Ci teraz nie odpuszczę i będę męczyć, abyś mnie tam zabrała :))

Magda i Mateusz · 05/18/2017 o

Bardzo fajnie czytało mi się Twoją relację 🙂 szczególnie spodobał mi się tekst "tatrzański celebryta" ;)) zapamiętam to sobie 🙂
Co do towarzyszki podróży – uważam, że zachowała się dość nieodpowiedzialnie zostawiając Cię choćby na chwilę samą. 🙁
Tatry jeszcze przed nami, osobno byliśmy tam jako dzieci, razem jeszcze nie – jak wyleczę kolano (jestem po artroskopii) to mam nadzieję, że uda nam się zdobyć i tę górę 🙂
Pozdrawiam
Magda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *