Hrubý Jeseník- Praděd (1492 m npm)

Opublikowane przez Izerka w dniu

TRASA: Karlov pod Pradědem – Velká kotlina – Vysoká hole – U Barborky – Praděd – chata „Švýcárna” – Videlské sedlo (18 km + 900 m)

W dniach 15-16.10.2011 r. Kate, Roma i ja wybrałyśmy się z Komisją Turystyki Górskiej z Wrocławia na weekendową wyprawę na czeską stronę Sudetów Wschodnich. Jubileuszowa, 50-ta, wyprawa z cyklu “Zdobywamy Koronę Sudetów” za cel obrała sobie Hrubý Jeseník z najwyższym szczytem- Pradziadem (Praděd- 1492 m. n.p.m.) Był to pierwszy wyjazd po kilku latach nieobecności w górach.

W sobotni blady poranek dotarłam na Dworzec PKP, by odebrać dziewczyny. Na miejscu zbiórk oczom ukazała się spoooora grupa z… walizkami! No OK, część z nich miała również plecaki ale duża grupka pakowała do luku bagażowego torby na kółkach. Jak się okazało, byli to stali uczestnicy wyjazdów z KTG. Jedzenie i picie na jeden dzień schowali się do małych plecaczków, a reszta bagaży miała jechać wygodnie autokarem na miejsce noclegowe. Nam nie zostało nic innego niż podzielić nasz bagaż na dwie części i jedną zostawić na siedzeniach. Również wolałyśmy iść “na lekko”.

Autokar wysadził wesołą gromadkę w Karlovie pod Praděm, skąd rozpoczynała się nasza 18 km trasa. Zgodnie z postanowieniem zajęłyśmy strategiczną pozycję na przedzie grupy (dzięki czemu mogłyśmy sobie pozwalać na częstsze postoje :p). Humory dopisywały, choć czasem dopadała myśl, czy kondycyjnie się podoła.

Velká Kotlina- pierwszy, grupowy postój. Jeden z najbardziej znanych rezerwatów w Czechach, znany nie tylko ze swojej urody ale również świetnej akustyki. Tworzą je strome skaliska, ze spływającymi po nich licznymi wodospadami. Znajduje się tu około 300 gatunków unikalnych roślin (m.in. roślinność tundry). Po Kotlinie można się poruszać jedynie po oznakowanych szlakach.

Droga staje się coraz bardziej stroma i męcząca. Oddech przyśpiesza, z trudem łapie się powietrze i uspokaja przyśpieszone tętno. W głowie rodzi się myśl- kurczę, nie dojdę… Ale ciągle znajduje się siły, by krok za krokiem dojść do kolejnego zakrętu, kolejnego wzgórza. Przystanek, odliczanie do dziesięciu, łyk wody, chwila pogawędki i ruszamy dalej… Byle do tamtego kamienia na zakręcie…

Powietrze robi się coraz zimniejsze a krajobraz powoli się zmienia. Z jesiennego w prawdziwie zimowy. Wyciągamy z plecaczków czapki i rękawiczki. W górach trzeba być przygotowanym na każdą porę roku.

Wielu z uczestników wyposażonych jest w genialny wynalazek, jakim są kijki trekkingowe. Jednakże muszę przyznać, że nie wszyscy potrafią ich używać. Z obserwacji “kijkowiczów” można wyróżnić kilka stylów posługiwania się nimi, m.in. “na plotkarę”, “potrzebuję przestrzeni”, “na starowinkę”, “mam kijki i się chwalę” itp. Tego nie da się opisać. Style te trzeba osobiście ZOBACZYĆ! Niesamowitą frajdę sprawiał marsz za jednym panem, dla którego kijki były przedłużeniem ciała. Dobrze wiedział kiedy i jak ich używać. A przede wszystkim- nie stanowił zagrożenia dla innych.

Wielką radość sprawia nam podziwianie zmieniającego się krajobrazu. Czeskie Sudety były do tej pory obce. Z wyjątkiem Izerów nie miałam dotąd zbyt wiele możliwości eksplorowania gór po stronie naszych południowych sąsiadów. A wielka szkoda, bo rzut beretem od granicy znajdują się zielone tereny z niesamowicie pięknymi panoramami. Szlaki są przeważnie łagodne a pod wiele szczytów podjeżdżają kursowe autobusy.

Na zdjęciu poniżej, z prawej strony doskonale widać kulminację Vysokiej holi (1465 m). Dla chętnych- możliwość zrobienia dodatkowej pętli. Na szczycie znajduje się sporych rozmiarów betonowa wiata- pozostałość po budowanym tu w okresie II Wojny Światowej polowym lotnisku. Można również natknąć się na kamień graniczny z 1681 r.

Widząc z oddali coraz bliższy szczyt Pradziada zrezygnowałyśmy z odpoczynku w chacie turystycznej Švýcárna. Po drodze czekała nas ciekawa niespodzianka- grupa niemieckiej młodzieży ubranej dość niekonwencjonalnie- kombinezony narciarskie, kaski, gogle (bez sprzętu narciarskiego), z krótkimi spodenkami w stylu hawajskim nałożonymi na spodnie narciarskie! Z butelkami piwa w łapkach! Zastanawiałyśmy się czy aby z głodu nie zaczęłyśmy mieć omamy wzrokowe.

W dole widzimy chaty turystyczne: Švýcárna oraz Ovčárna, gdzie znajduje się przystanek autobusowy. Kiedyś w tym miejscu była bacówka, która później spłonęła. Na jej miejscu powstał nowoczesny hotel z restauracją. Dosyć różni się to od naszego doświadczenia. W polskich górach w większości przeważają schroniska. W Jesenikach) pełno jest restauracji (m.in. na samym Pradziadzie!) na szczytach, a funkcję schronisk pełnią hotele oraz chatki turystyczne. Co kraj to obyczaj!

Droga, którą idziemy od w/w to szosa! Normalna, asfaltowa droga, po której co prawda nie jeżdżą samochody (zakaz wjazdu), ale za to mnóstwo rodzin z małymi dziećmi oraz wózkami! Trasa jest lekka, łatwa i przyjemna. Widoki rewelacyjne. I tylko ten szczypiący mróz lekko przeszkadza. Korzystamy z okazji i lepimy GIGANTYCZNEGO bałwanka z badylem w dłoni.

Po kilku godzinach drogi wreszcie stajemy na szczycie! Najwyższy szczyt Jeseników osiągnięty! Stojąca na szczycie wieża telewizyjna o wysokości 145 m z nadajnikiem i 40-sto metrową wieżą widokową została wzniesiona w roku 1970. Niestety, nas pogoda nie rozpieszcza i szczyt otulony jest utrudniającą widok mgłą. Kilka zdjęć dokumentujących to historyczne wydarzenia (nasze zdobycie Pradziada)i szybko wchodzimy do środka.

W wieży znajduje się restauracja, w której można zjeść ciepły posiłek i napić się czeskiego piwa oraz Kofoli. Swój prowiant można spożyć na zewnątrz, co przy warunkach atmosferycznych wydaje nam się sporym poświęceniem. Zamawiamy więc oprócz Kofoli również herbatkę, która co prawda podana jest w wielkich, żółtych kubeczkach, ale temperaturę ma letnią! Nie rozgrzało nas to za bardzo. Rozczarowane trochę wizytą podbijamy nasze “żółte papiery” i oddajemy się tradycyjnemu sportowi kobiet- plotkowaniu.

Po zasłużonym odpoczynku i miłych pogawędkach z resztą wycieczki dajemy się zapędzić przed budynek aby uwiecznić nasze pełne entuzjazmu i radości twarzyczki na zbiorowej fotografii. Sporo nas, prawda? Podobno tak licznej grupy w dziejach KTG nie było jeszcze 🙂

Droga ze szczytu zawsze mija szybko. I rzadko kiedy przerywana jest postojami. Nie wiem czy to perspektywa czekającego autokaru czy zbliżającego się zmroku… Naszej trójce udało się przed ciemnościami dotrzeć do parkingu (ostatnie zejście prawie pionową ścianą- bezcenne!), gdzie w ciepełku oczekiwałyśmy z innymi przodownikami na resztę ekipy.

Po rozlokowaniu się w pokojach, odświeżeniu i gorącej obiadokolacji zebraliśmy się w świetlicy pełniącej funkcję winiarni (lub na odwrót). Rozpoczęła się nieoficjalna część imprezy, zwana popularnie integracją. Śmiechom, śpiewom i opowieściom nie było końca… aż do 2:00. Następnego dnia trzeba było wcześnie wstać bo czekał kolejny już dzień w czeskich Jesenikach.


0 Komentarzy

izerka · 07/25/2017 o

Tak, tak, Tobie to góry się tylko w śniegu podobają 😉 Szron tteż więc dopuszczalny 😉

Magda i Mateusz · 07/14/2017 o

Widok bezcenny, a dudnienie serca do dziś odczuwalne na samą myśl 😛

izerka · 07/02/2017 o

Na ogół wyjeżdżam w mniejszej grupie, zdecydowanie jest łatwiej i bezpieczniej. Czasem jednak warto zrobić wyjątek i sprawdzić czy większa ekipa jest dla nas. Zjazd na hulajnogach… widok pewnie bezcenny 🙂

Magda i Mateusz · 06/28/2017 o

takie wycieczki z większą ekipą na pewno są wesołe 🙂 my zazwyczaj zdobywamy góry we dwójkę, sporadycznie w ekipie 4-osobowej. A Pradziada akurat bardzo lubimy, ostatnim razem zjezdzalismy z niego na hulajnogach 🙂

Artur Szymanowski · 05/07/2015 o

Fajnie mieliście na górze, chodzi mi oczywiście o ten szron na drzewach i krzakach. Góry ciekawie wtedy wyglądają 🙂
Taki widok kojarzy mi się z jesienią w górach 😉

izerka · 02/19/2015 o

Ja też mam taką nadzieję 🙂 To ja kiedyś byłam Twoją wierną czytelniczką. Potem z zadrości przestałam czytać (żartuje 🙂 Teraz na pewno bedę wpadać. Dodałam sobie nawet Twój blog do linków. Pozdrawiam

Skadi · 02/18/2015 o

Łooo to mnie zaszczyt kopnął z tym pierwszeństwem. Mam nadzieję, że nie będę jedyna z komentatorów 😉 Tak, trop masz dobry. Doczekałam się własnej domeny. Autorka wciąż ta sama. Zapraszam do siebie oczywiście. Pozdrawiam!

izerka · 02/17/2015 o

Witam autorkę pierwszego komentarza na moim blogu!:-)

Rzeczywiście, ludzie niesamowici. Niezależnie od wieku mieli siłę na łażenie po górach, integrację wieczorno- nocną a następnego dnia znowu na szlak 🙂

Czy Ty aby nie miałaś kiedyś bloga na bloggerze, który zaczynał się od pietrasik…? 🙂

Skadi · 02/15/2015 o

Byłam raz na wycieczce zorganizowanej przez KTG Wrocław. 🙂 Ludzie nie do zajechania 🙂 A Pradziada znam z wypadu z Arturem z Gór Ponad Chmurami. Bardzo ciekawe pasmo górskie. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *